Dwa koncerty, jedno pożegnanie - "Ostatni koncert" Quebonafide
Warszawa, 27 i 28 czerwca 2025. Na PGE Narodowym, który na co dzień gości piłkarskie emocje, tym razem zabrzmiały „Madagaskar”, „Refren trochę jak Lana Del Rey” i „Bogini” – po raz pierwszy i, jak wszystko wskazuje, ostatni. Quebonafide, jeden z najbardziej intrygujących artystów polskiej sceny hip-hopowej ostatniej dekady, zamknął ważny rozdział swojej kariery dwoma widowiskowymi koncertami. Dwukrotnie wyprzedany stadion, ponad 120 tysięcy ludzi i jeden Muzyk. „AKT II – Ostatni koncert”, na którym obecna była również Redakcja Studencka NiUS Radia, to wydarzenie, które przejdzie do historii.
Oba koncerty poprzedził „AKT I – Północ/Południe”, czyli musicalowe widowisko online z 26 czerwca, w którym Quebo zaprezentował zupełnie nowe, bardziej eksperymentalne i mniej rapowe brzmienia. Zaprosił słuchaczy do swojej głowy – opowiadając wprost o zmaganiach z chorobą. Towarzyszący temu projektowi album „PÓŁNOC/POŁUDNIE”, wydany na streamingach 4 lipca, wydaje się nie tylko zwieńczeniem całej narracji, obejmującej spektakl i koncerty, ale również symbolicznym końcem rapowej drogi Kuby Grabowskiego.
Zarówno 27. jak i 28. czerwca na PGE Narodowym widzowie, zamiast klasycznego koncertu rapowego, otrzymali pełnoprawny spektakl, balansujący gdzieś między muzyką, performancem, a kinem. Otwierające show wizualne, dynamiczne zmiany scenografii i symboliczne sceny – w tym artysta „unoszący się nad sceną”, aktorzy i tancerze grający role jego lęków i wspomnień czy obecność Chóru Politechniki Morskiej w Szczecinie – pokazały, że Que postawił na narrację i formę. Podczas nich Grabowski przeprowadził swoich fanów poprzez ścieżkę swojej muzycznej kariery oraz opowiedział z czym zmagał się przez ostatnie lata. Przypomniał początki, zagrał piosenki, które wybiły go na szczyt i rapował swoje największe hity.

Niestety, nie obyło się bez zgrzytów. Wiele osób skarżyło się na problemy z akustyką – echo, ciche wokale, słabo słyszalne bity (zwłaszcza na wyższych trybunach). W naszej opinii to niestety standardowy „urok” koncertów na PGE Narodowym, a niekoniecznie wina organizatorów.
Chociaż zapowiadano, że oba dni będą identyczne, pewne różnice musiały się pojawić. Pierwszy koncert został kilkukrotnie przerwany przez omdlenia wśród widzów, co zakłóciło jego tempo. Pogoda także nie pomagała – deszcz i otwarty dach Narodowego sprawiły, że część fanów oglądała show w niekomfortowych warunkach. Kulminacją kontrowersji był niespodziewany finał – Kuba zszedł ze sceny bez słowa pożegnania i odjechał, co wywołało mieszane uczucia. Zastąpił go Oki, który zakończył koncert, co wielu odczytało jako symboliczne przekazanie pałeczki młodszemu pokoleniu raperów. Wśród gości pierwszego dnia znaleźli się m.in. Sobel, Oki, Tommy Cash, Muflon, Eripe, Mata, Kuban, Kukon, Solar oraz Pawbeats i Kasia Grzesiek.
Drugi dzień przebiegł sprawniej – bez przerw, z lepszą pogodą i wzruszającym zakończeniem. Tym razem Quebo zszedł ze sceny do fanów, dołączając do bawiącego się tłumu. Nie zabrakło również emocjonalnych podziękowań za ostatnie 17 lat, które poruszyły nawet najtwardszych zawodników wśród publiczności. Drugiego dnia, towarzyszącymi Kubie gośćmi byli między innymi – Kuban, Solar, Sokół, Muflon, Eripe, Sobel, Oki, Mata.

Oba koncerty otwierał wers: „Jem kanapkę z Panadolem na śniadanie”. Na scenie zabrzmiały zarówno przeboje z „Soma 0,5 mg”, „ROMANTIC PSYCHO” i „Egzotyki”, jak i premierowe utwory z niewydanego jeszcze wówczas albumu „PÓŁNOC/POŁUDNIE”.
Ogromnym zaskoczeniem była obecność numerów z początków kariery Młodego Grabusa – „Rock’n’Roller 2”, „Avengers”, „Ile mogłem”, „Hype”, które przeniosły publiczność do wspomnień z nastoletnich czasów. Wzruszenie wśród fanów wzbudziło także wspólne wykonanie „Żadnych zmartwień” przez Quebo i Kubana.

Kuba Grabowski od lat wymykał się schematom show-biznesu. Zmiany wizerunku, nagłe zniknięcia, muzyczne eksperymenty – wszystko to budowało jego unikalną pozycję. Ten koncert tylko ją przypieczętował: intymna opowieść opowiedziana na największym stadionie w Polsce, gdzie zamiast fajerwerków i banału, liczyły się symbole i emocje.
To nie było wydarzenie dla każdego. Ale było w pełni „quebonafide’owe” – nieoczywiste, czasem niezręczne, ale zawsze autentyczne. I właśnie dlatego zapisało się w historii polskiej muzyki jako jedno z najbardziej niecodziennych pożegnań ze sceną.

P.S. Sami to sobie zrobiliśmy.